6/21/2013

Four

Idąc powoli w stronę budynku myślałam nad tym co będzie dalej. Torba niesiona na plecach nie dawała mi nic korzystnego, a wręcz przeszkadzała. Jęknęłam z bólu spowodowanego przez nią, a właściwie to przez jej ramię, które się podwinęło, sprawiając, że nie mogłam złapać oddechu. Miałam jeszcze do przejścia jakieś pięćdziesiąt metrów. Wiatr powiał na moją spoconą od słońca twarz, co wprawiło mnie o ciarki na całym ciele. Palce zadrżały, a ja spojrzałam w górę, by i szyja uznała tego ukojenia. Spojrzałam jeszcze raz na stary budynek. Wyglądał jakby miał się zaraz zawalić. Co prawda był nieco pomalowany od zewnątrz, ale góra była cała zwęglona. Nie było dachu, co oznaczało, że ludzie raczej tu nie podchodzili. Złapałam za klamkę drzwi po czym weszłam do środka.
Poczułam nagły zapach spalenizny i dym papierosów razem wzięty. Torbę położyłam przy drzwiach i zamknęłam na chwile oczy. Wspomnienia z ostatniego dnia mignęły mi przed oczami, ale trzymałam się. Wzięłam głęboki wdech i pomaszerowałam do tak zwanej kuchni. Nie było to nic nadzwyczajnego. Sam czajnik stojący na podłodze i kubki na parapecie okna w którym nie było szyby. Za to jej kawałki leżały na podłodze. Ostrożnie ominęłam większe części i sięgnęłam po kubek. Nie było dość ciężki, a na powierzchni był cały poobijany. Jednak lubiłam go. Dlaczego? Tego sama nie wiem. Dostałam go od Ericka na urodziny, ale zdążył już się zniszczyć.
Na wspomnienie o bracie westchnęłam i nalałam sobie wody z butelki stojącej pod ścianą, po czym udałam się na wyższe piętro. Mozolnie usiadłam na podłodze, wzięłam łyk z kubka i wpatrywałam się w zielone drzewa namalowane na prawej ścianie strychu. Była zabrudzona, ale przez miejsca koloru można ją było nazwać piękną. Przy suficie jak i podłodze widniały wzorki. Ktoś musiał się starać. - myślałam z zaciekawieniem. Wcześniej nie przyglądałam się temu tak dokładnie, co było dość dziwne. Przechylając głowę na wprost było to samo. Tyle, że ściana ta była bardziej zniszczona. Znów pomyślałam o dzisiejszych wydarzeniach. Z nerwów wzięłam kamyk do ręki i pocisnęłam i ścianę przede mną. Po tym jak kamyk opadł ukruszył się kawałek tynku, a potem... cała ściana. Widząc co się dzieje podniosłam się z ziemi i odbiegłam kawałek zostawiając kubek na podłodze. Na szczęście nic więcej się nie stało. Dziś się wszystko wali. Dosłownie.
Podeszłam kawałek, by podnieść kubek i zacząć coś planować. Zgarbiona wzięłam do dłoni i podnosząc się zaczęłam coraz bardziej wyprostowywać. Widok, który był przede mną nie był z niczym porównywalny z niczym. Co to właściwie było? Był las, dym, kawałki gruzu, a w tym wszystkim ja. Słońce powoli chowało się za horyzont i ukazywało swoją najpiękniejszą postać. Lekko świeciło na mnie co dało poczucie swobody. Dałam krok do przodu by lepiej się przyjrzeć. Tym razem patrzyłam na las. Młode liście powiewały na wietrze, który wędrował między drzewami. Lekki zarys ścieżki kończył się właśnie przed tym pięknym widokiem. Zwróciłam uwagę na lekki punkt w oddali. Zmrużyłam oczy, a moje brwi zmierzały ku sobie. Po krótkim czasie uznałam, że to samochód. Przeklęłam pod nosem i zabrałam się do czynów. Wyjęłam z szuflady kredensu stojącej na środku pokoju zestaw ostatnio nabyty i ruszyłam w stronę wyjścia.
Uczucia jakie we mnie drzemały sięgały zenitu. Nerwy ponosiły górę, co było widać po tym jak schodzę po drabince, aby znaleźć się na parterze. Złapałam torbę za ramię, które znowu mi się wbiło w ramię. Zatrzymałam się na chwilę patrząc na budynek po czym skierowałam się do samochodu. Byłam już na tyle blisko, żeby dostrzec twarz mężczyzny, wysiadającego już z auta.
Ten to kto?
Zanim zdążyłam go o to zapytać, chłopak sięgnął do tylnej kieszeni spodni, jak się zorientowałam –po pistolet.  Cholera. Instynktownie zaczęłam biec przed siebie, a ten zaczął mnie gonić. Przerzuciłam plecak przez stare ogrodzenie po czym sama je ominęłam. Co jakiś czas odwracałam się patrząc czy szatyn nie biegnie za mną.
Chyba go zgubiłam.
OCZAMI JUSTINA
Stanęła bez słowa w miejscu, przyglądając się uważnie moim ruchom. Im szybciej tym lepiej-pomyślałem. Sięgnąłem po pistolet, chciałem to zrobić, chciałem ją zabić. Tu i teraz. Zanim się spostrzegłem dziewczyna rzuciła się do ucieczki. Biegłem za nią dosyć długo. Ale nie da się ukryć, że jest szybka….
Chyba myślała, że mnie zgubiła bo przestała biec. Mimo dzielących nas metrów słyszałem jej głośny oddech, i jej strach w oczach, kiedy co kilka sekund sprawdzała czy za nią nie idę.
-Co ona robi?-powiedziałem zdenerwowany pod nosem.
OCZAMI EMILY
Wsiadłam do pierwszego lepszego pociągu, żeby tylko być jak najdalej od niego. Tak, teraz na pewno go zgubiłam. Zajęłam miejsce w wolnym przedziale, i czekałam na pierwszy przestanek. Pociąg zaczął stawać, chwyciłam niewygodne ramie plecaka i wyszłam z przedziału. Irytujący staruszek i jego bodajże żona rozmawiali, na tyle głośno, że słychać ich było chyba w całym pojeździe. Jednak usiadłam na jednym siedzeniu oddalając się nie wiadomo gdzie.
Jakoś sobie poradzę.
Przysnęłam chwilkę, a do moich uszu dobiegły dziwne poczucie czegoś, czego nie powinno tu być. Żołądek podszedł mi do gardła, a ja struchlałam.
-Ciii….- Przyłożyłam palec do ust, lecz ci mnie zignorowali. Wnerwiłam się nieco.
-Morda, K*rwa!-Krzyknęłam, chyba się przestraszyli.- Słyszą to państwo?- zgrzeczniałam.
*tik tak, tik tak*
Teraz miałam pewność. Było to zbyt dziwne. Zegarek, chyba, że coś innego...
-Ten pociąg zaraz wybuchnie!- Oczy wszystkich skierowały się na mnie. Myśleli, że zwariowałam. Chyba nie zwróciłam na nich zbytniego efektu. Część osób już wysiadła, lecz większa część czekała na kolejny przystanek. Krzyczeć dalej, czy ratować siebie? Nie chciałam stracić siebie, więc podeszłam do wyjścia i złapałam klamkę, kiedy...
Moją uwagę przyciągnęła mała dziewczynka w kitkach, z misiem w ręce, kierująca się w stronę toalety. Popatrzyłam na nią maślanymi oczami i pomyślałam, że przeze mnie nie może zginąć. Nie zastanawiając się chwyciłam ją w pasie, i wyskoczyłam z ruszającego pociągu. Dziewczynka nie wiedziała co się dzieje, po chwili pociąg stanął.
W końcu ktoś się zainteresuje swoją śmiercią.

Minęło dosłownie kilka sekund kiedy cały pociąg wyleciał w powietrze. Nikt chyba jednak nie zdążył wysiąść. Co ja z nią teraz zrobię?! Popatrzyłam na dziewczynkę. Leżała cała zapłakana. Było czterdzieści stopni w cieniu. Jednak kawałek zdążyłam podjechać, od kiedy wsiadłam. W zasięgu wzroku nie było nikogo widać, tylko mały sklepik. Wzięłam dziewczynkę za rękę.
-Chodź - bardziej rozkazałam niż poprosiłam, ale taka już jestem. Nienawidzę małych dzieci. W sklepie kupiłam jej butelkę wody i bułkę. Coś jednak miałam przy sobie w kieszeniach. Co jak co, ale pieniądze zawsze trzymam przy sobie.
Spojrzałam na półkę z zapalniczkami. Obok nich widać było małą laleczkę.
-Ile? - spytałam, kiwając głową w kierunku zabawki.
-Dla tej małej piętnaście. - Powiedziała uśmiechnięta kasjerka, ucieszyła się zapewne, że się w końcu tego pozbędzie. Wydobyłam z kieszeni pieniądze i położyłam na blat, po czym sięgnęłam po lalkę.
-To dla ciebie. - Podałam ją dla dziewczynki, a ta się lekko uśmiechnęłam. Nie jestem pewna, ale z jej ust chyba usłyszałam lekkie dziękuję.
Wzięłam ją za rękę i wyprowadziłam ze sklepu. Popatrzyłam na małą jeszcze raz i kazałam jej usiąść na schodach. Sama zapaliłam papierosa. Zaraz będzie po wszystkim.
Zaciągając się zobaczyłam stację paliwową. Jakoś jej wcześniej nie widziałam.
Zdeptałam papierosa na ziemi i szybko wsiadłam do samochodu stojącego przede mną.
Jakiś stary rzęch.
Zapalił bez problemu, po tym jak włożyłam do stacyjki klucz uniwersalny. Sama go opatentowałam, ale był jeden problem, że nie działał do innych samochodów. Zaliczały się tylko te z 95' w dół.

-Ładnie tak zostawiać małe dziewczynki bez opieki?
Cholera.


5/28/2013

Three

Zostawiłam dziewczynę samą w pokoju, a sama zeszłam cicho po schodach tak, żeby ich skrzypienie nie dotarło do kuchni, w której znajdował się obecnie Joe. Stanęłam w drzwiach, zastanawiając się czy robię dobrze, aż w końcu złapałam go w pasie mocno przyciskając do siebie. Jednak pewne emocje wzięły górę.  Trzymając go jedną ręką, drugą wyjęłam nóż ze spodenek. Przyciskając mu go do szyi, zrobiłam na niej lekkie nacięcie. Chłopak zaśmiał się kpiąco.
-Daj spokój kochanie.- szepnął ze śmiechem.-Nie zrobisz tego-dodał.
-Nie podpuszczaj mnie, słonko. – Pomachałam mu nożem przed twarzą.
Czułam jego ciężki oddech, i słyszałam jak głośno przełyka ślinę. Dobrze wiedział, że żarty się skończyły.
-Ostatnie życzenie?- rzuciłam. Już nie raz zabijałam człowieka, a to był mój stały tekst. Nie czułam dreszczy, ani nic. To normalne.
-Prześpij się ze mną.
Dupek.
W tym momencie bez wahania przejechałam nożem wzdłuż jego gardła. Jego ciało monotonnie opadło na ziemie, a z ust zaczęła wypływać krew.
-Emily….- szepnęła Sam, przystając w drzwiach. Opuściłam nóż na podłogę po czym podbiegłam do niej. Co ona tu robiła? Miała siedzieć na górze!  – Co ty zrobiłaś….
-Sam, teraz wszystko się ułoży. Ty jesteś niewinna, pamiętaj!

OCZAMI JUSTINA
-Wszystko zrozumiałeś?- zapytał, a wstając podparł się na pięściach.
-Tak. Mam sprzątnąć małolatę.
-Dokładnie-wyciągnął do mnie dłoń na znak, że to koniec naszej rozmowy. Jeszcze raz przytaknąłem głową po czym zniknąłem za drzwiami jego gabinetu. Nerwy mną miotały. Muszę się uspokoić.
Jason za wszystko zapłaci…

OCZAMI EMILY
-Chodź Sam-wzięłam ją za rękę. Pomimo tego, że dziewczyna była starsza czułam potrzebę opiekowania się nią. Zaprowadziłam ją do mojego pokoju. – Pomóż mi się spakować, proszę.-Popatrzyłam na dziewczynę, która już siedziała na moim łóżku.
-Co?! Gdzie ty się wybierasz?
-Muszę uciekać, Sam…
-Gdzie?
-Pamiętasz ten opuszczony budynek?- Nie czekając na jej potwierdzenie-właśnie tam.-dodałam.
Jej klatka piersiowa powoli się uspokajała, a łzy przestawały napływać do oczu.
Nareszcie.
Wyjęła spod mojego łóżka czarno-białą walizkę, po czym popatrzyła na mnie ze smutkiem w oczach.
-Musisz?- zapytała.
-Sam! Ja zabiłam człowieka! Już nie raz znałaś takie sytuacje. Teraz by mieli wystarczająco dowodów, żebym już nigdy nie wróciła.
Spuściła wzrok i podchodząc do mnie pomogła mi składać resztę ubrań.
-No to co? Pa kochana.-uśmiechnęłam się do niej, a ta pomachała na pożegnanie.
Wsiadłam do swojego samochodu i po paru minutach drogi byłam na miejscu.

5/18/2013

Two

Obudziłam się myląc rzeczywistość ze snem. Już nie pamiętam co dokładnie tkwiło wczoraj w mojej głowie, ale wiem że było to na tyle straszne, że się nie wyspałam. Włosy miałam prawie suche. Zawsze jak zostawię je na noc mokre, nie schną. Powoli wstałam z łóżka przypominając sobie wczorajszą sytuacje. Nie zamartwiałam się jednak, bo dałam mu niby mocno, ale przeżyje. Co właściwie chcieli nie mogę stwierdzić. Jakby jeszcze ktokolwiek się tam pojawił dziś by się nie obudził.
Po ubraniu  krótkich spodenek i zwiewnej, prawie nic nie zakrywającej, bluzki zeszłam na parter. Przy stole siedział Joe. Tylko. Jest tak wcześnie, czy wszyscy się wynieśli? Chciałam zapytać, ale chyba nie był w humorze. Sięgnęłam po jabłko i miałam już wyciskać sok pomarańczowy, ale poczułam oddech na mojej skórze w okolicach szyi.
- Przepraszam - usłyszałam szept chłopaka.
Wiedziałam czym to się skończy, jednak nadal udawałam zaskoczoną. Niestety nie miałam dziś ochoty pieprzyć się z chłopakiem, który po raz setny chciał mnie przelecieć. Nie po tym co zdarzyło się wczoraj.
Odwróciłam się uśmiechając się do chłopaka. On najprawdopodobniej złapał haczyk, bo zrobił to samo. Moim oczom ukazały się jego ręce przesuwające się w stronę szuflady.
- Cieszę się, że się na mnie nie gniewasz skarbie. - Powiedział i już miał łączyć nasze usta w pocałunku, jak i wyciągać nóż z szuflady, ale złapałam go za rękę, pociągnęłam ją za plecy i szepnęłam:
- Jeszcze jeden taki numer, to nie będzie dla ciebie ratunku. - kończąc przyciągnęłam jego rękę jeszcze bardziej w kierunku pleców, tworząc przy tym grymas bólu na jego twarzy. - Skarbie. -dodałam, a w jego oczach migotały iskierki. Myślałam, że będzie chciał mnie wykorzystać w łóżku, a tu proszę.
Tym razem to ja wyjęłam nóż z szuflady i powędrowałam w kierunku wyjścia wraz z jabłkiem oraz szklanką soku pomarańczowego. Narzędzie miałam schowane między paskiem a spodenkami, tak, że był jak najbardziej widoczny.

Pokój był już dawno pokryty moimi napisami. Większość z nich się rymowała, a jakby ktoś tu wszedł i cokolwiek przeczytał było by po nim. Nikt tu jeszcze nie wchodził, co pozwalało mi na bycie sobą przynajmniej tutaj.
Spojrzałam na ścianę i przypomniałam sobie jak przyprowadziła mnie tu Sam...
-Tutaj będzie twój pokój. - Usłyszałam, ale tak na prawdę myśli pożerały moją głowę. - Możesz po nich pisać, tylko kup sobie spray'e. Głos dziewczyny był ciepły. Chyba tylko ona mnie tutaj zrozumie. Uśmiechnęła się i wyszła z pokoju, a ja położyłam się na stalowe łóżko, kładąc torbę obok.
Podeszłam do mojego pierwszego graffiti i położyłam na nie rękę.  Tak dawno nie patrzyłam na ten kąt pokoju. Dlaczego? Bałam się?  Tego nie mogę stwierdzić. Wróciłam i usiadłam przy biurku. Wyślizgnęłam nóż z okolic moich spodni, lekko odchylając się do tylu i włożyłam go do szuflady biurka. Wgryzłam się w jabłko i spojrzałam na plan przede mną.  Dziś zaczynamy od piętnastej co oznaczało sporo czasu wolnego. Dwie godziny spokoju. Kiedy już skończyłam jabłko złapałam za kluczyki do mojego Punto i ruszyłam w kierunku wyjścia.
Na zewnątrz zobaczyłam Sam dokańczającą szluga.
- Jedziesz ze mną  - zapytałam prawie wsiadając do samochodu. Dziewczyna depcząc nogą spalonego papierosa zaprzeczyła głową.
- Pierwszego mam o pierwszej. - powiedziała wchodząc już do budynku. Nim się obejrzałam byłam już przy niej.
- Słucham? On już do końca zwariował? - krzyknęłam, a dziewczyna się zlękła.
- Wyluzuj. - usłyszałam z jej ust. - Będzie dobrze. - uśmiechnęła się do mnie blado i już miała wchodzić do domu, ale powstrzymałam ją łapiąc za nadgarstek.
- Dziś idziesz ze mną. - powiedziałam i zaciągnęłam ja do samochodu. Dziewczyna posłusznie weszła do samochodu. Była dziś taka niemrawa.
-Coś się stało? - zapytałam, wyciągając paczkę z kieszeni. Poczęstowałam dziewczynę, ale nie chciała. Odpaliłam go jak i silnik. Ruszyłam powoli odkręcając szybę. Było dziś ponad 27 stopni. W cieniu.
-Nic. - powiedziała Sam po pewnym czasie.
-Mów. - Zachęciłam.
-Po prostu źle się czuję. - powiedziała opierając głowę o rękę.
-Wierzę ci. - popatrzyłam na nią. - Ale zawsze możesz się do mnie zwrócić.
-Wiem.

Jechaliśmy potem w ciszy. Kiedy siedziałyśmy w kawiarni, zaczęła znów rozmowę.
-Jest już czwarta. - napomniała mnie dziewczyna. -Trzeba wracać.
-Okej. Masz rację. - powiedziałam i wstałam od stolika. Zapłaciłyśmy i poszliśmy w stronę samochodu. Sam zadzwonił nagle telefon.
-Tak...- chwila przerwy. - Zaraz będziemy. - Nie pytałam, bo wiedziałam, że to Joe. Po pół godziny byłyśmy na miejscu.

Odetchnęłam i poszłam za przyjaciółką w stronę budynku. Była strasznie spięta, co z nią nie tak? Potem z nią poważnie pogadam.
Joe kręcił się w tą i z powrotem na korytarzu.
- Co jest z wami nie tak?! - zaczął się wydzierać, a kiedy podszedł do Sam uderzył ją prosto w twarz. Nie wytrzymałam. Moje nerwy sięgały zenitu. Nie zamykając drzwi zwinęłam rękę w pięść i przywaliłam z całej siły w nos chłopaka. Ciemno czerwona krew popłynęła strużką po jego twarzy. Złapał mnie za rękę, tak mocno, że nie dałam jej odciągnąć od niego, by znów wycelować.
-Idź do dwieście-szóstki, ktoś tam na ciebie czeka. Lepiej mnie bardziej nie denerwuj, suko. - Nie zwracałam uwagi na jego słowa, tylko wpatrywałam się w jego czarne od wściekłości oczy. Jego uścisk się rozluźnił, co pozwalało mi na wydostanie ręki. Nic nie zrobiłam, tylko odeszłam i skierowałam się do tamtego pokoju.
Moje oczy ujrzały bruneta, dość wysokiego. Chłopak stał do mnie tyłem rozmawiając przez telefon. Zamknęłam drzwi, a on się odwrócił rozłączając rozmowę. Krew się we mnie zagotowała, a wszystkie narządy podeszły do gardła. To ten sam chłopak co wczoraj. Uśmiechnął się do mnie figlarsko i zapytał czy zaczynamy.
-Żartujesz sobie? - chłopak najwidoczniej nie zrozumiał. Podszedł do mnie i zaczął całować. Odsunęłam się i wymierzyłam mu prosto w twarz. Już mnie ręka pomału zaczęła boleć od tych wszystkich uderzeń. Cofnęłam się i wyszłam z pokoju. Szłam szybkim marszem.
-Co ty ode mnie ku*** chcesz? - zapytałam, kiedy byłam już na dole. Momentalnie się zatrzymałam, ponieważ zobaczyłam Joe'go przylepionego do Sam. Co jeszcze?! Nigdy nie byłam tak bardzo zdenerwowana jak teraz.
Dziewczyna była zapłakana, więc na sto procent nie zrobił tego za jej zgodą. Podeszłam i odciągnęłam go od niej. Popatrzyłam na niego, a gdybym mogła zabijać wzrokiem, byłby już martwy. Z resztą zaraz będzie. Za dużo tego. Na razie nie miał przy sobie broni. Żeby nic nie podejrzewał wzięłam Sam do pokoju, pomagając jej wchodząc po schodach. Była cała roztrzęsiona. Ten sku****el zapłaci za to. Własnym życiem

____
Niedługo powinien się pojawić kolejny rozdział i notka bardziej z informacjami (:
W razie pytań:
@MyDrugKidrauhl
@LittleCarpie

5/06/2013

One


Obsłużyłam już ostatniego klienta po czym wyszłam razem z Sam „na papierosa”.
-Trzymaj, młoda- Podała mi papierosa siadając na huśtawce. Przypominam sobie chwilę, kiedy tu pierwszy raz usiadłam...

Kiedy zatrzymałyśmy się od razu wybiegłam z samochodu. Nie wiedziałam co robić... Czułam, że ktoś za mną biegnie. Myślałam, że tym kimś potem okaże się Sam. Och jak bardzo się myliłam. Wreszcie usiadłam na huśtawce, a moim oczom za widniało ciało Joe'ego.Potem było co było. Jego propozycja nie była aż tak zachęcająca, ale chciałam spróbować. Nie wiem co mnie wtedy podkusiło. 

Zapaliłam go, a następnie zaciągnęłam się dymem do płuc, po chwili go wypuszczając. Opierając się bokiem o ramę powtórzyłam tę czynność jeszcze kilka razy. Dym wypełniał wnętrze mojego ciała, przez co czułam się rozluźniona.
-Emily, zobacz- Dziewczyna swoimi dużymi oczami wskazała dwie postawne sylwetki zbliżające się do nas.
-Czego tu szukacie?-Odezwałam się zadziornie, kiedy byli już, jak dla mnie, za blisko. Wstałam, a jeden z mężczyzn delikatnie złapał mnie w pasie przyciągając do siebie. Sam zerwała się z bujawki.
-Zostaw ją!-Krzyknęła-Bo będzie z wami źle-dodała ale ten zaśmiał się kpiąco.
Przyglądający się do tej pory mężczyzna podszedł do Sam, po czym zadał jej cios w brzuch. Dziewczyna skuliła się z bólu, a ja wykorzystując moment wyrwałam się z uścisku chłopaka.
-W porządku, Sam?-Przykucnęłam pomagając jej wstać. Dziewczyna podniosła wzrok, i gdyby on mógł zabijać, oboje by już nie żyli. Otrzepała spodnie zapominając o bólu po czym podeszła do obu mężczyzn, którzy bacznie obserwowali każdy nasz ruch. Swojemu napastnikowi chciała zadać cios twarz ale ten zatrzymał jej rękę.
-Sam, nie warto! Chodźmy stąd.-Położyłam jej rękę na ramieniu, widząc, że złość rozsadza ją od środka. Zgadzając się ze mną wyrwała swoją rękę z jego uścisku i razem ze mną poszła w stronę budynku. Gwałtownie się odwracając kopnęła go w krocze.
Widząc jego odruchową postawę zaczęła kopać go po całym ciele. Chcąc jej pomóc powtórzyłam jej ruchy na drugim mężczyźnie.Przestałam na moment, żeby zbadać sytuacje. Oboje zwijali się z bólu co dało mi satysfakcje. Wymierzyłam nogą jeszcze jeden cios w jego zakrwawioną twarz na tyle mocno, że stracił przytomność. Nagle usłyszeliśmy strzał pistoletu.
-Co do cho...? - nie mogłam dokończyć, bo koleżanka pociągnęła mnie w stronę płotka, gdzie mogłyśmy się  schować. Szybko wyciągnęłam pistolet znajdujący się pomiędzy paskiem a moimi spodniami. Naładowany, czekał, aż ktoś się pojawi. Nic takiego się nie stało.
-Chodź Sam, idziemy-wzięłam ją za rękę. Blondynka jeszcze raz podeszła do napastnika, plunęła na napastnika z obrzydzeniem po czym odwróciła się w moją stronę.
Kilka minut później byłyśmy już w naszym „domu”.
-Gdzie byłyście!?-Przywitał nas krzyk Joe’go.
-Za budynkiem!-odpyskowałam.
-Uważaj, mała-złapał mnie za podbródek ściskając go z całej siły.
-Joe! Napadli na nas-Powiedziała Sam stopniowo ściszając ton.
-Już w porządku….-Wypuścił moją twarz z uścisku, a ja bez wahania zaczęłam trzeć ją, żeby pozbyć się bólu.-Na jutro macie po jednym kliencie, zrozumiano?
-Tak, sir-rzuciłam z westchnięciem w głosie po czym wywróciłam oczami. Joe odwrócił się na pięcie i zadał mi cios w twarz. Sam odskoczyła zszokowana tym widokiem.
-Co jest?!-Krzyknęła-Joe, posrało cię?!
-Radze wam mnie nie denerwować! I tak przynosicie małe zyski. Jak się nie poprawicie będę musiał was stąd wyrzucić na zbity pysk.
-Tyle, że to my wykonujemy całą robotę. - szepnęłam, ale chłopak chyba tego nie usłyszał  bo poszedł w głąb pokoju.
Bałam się powiedzieć cokolwiek, żeby znowu nie dostać.  To nie moja wina, że brzydzę się tej „pracy”, gdyby Erick żył teraz osobiście bym go zabiła za to, że mnie w to wpakował. Zacisnęłam szczękę powstrzymując łzy, które napływały mi do oczu. Po chwili trwającej wieczność chłopak zniknął za drzwiami swojego gabinetu, a ja wypuściłam słony płyn z oczu.
-Nie płacz, młoda-Pocieszyła mnie Sam.
-Nie płacze… jest dobrze…dzięki.-Uchyliłam drzwi od swojego pokoju po czym podobnie jak Joe zginęłam w nim zatrzaskując za sobą drzwi. Powoli ściągnęłam z siebie po kolei jasne jeansy, podkoszulek i bieliznę. Owinęłam się w ręcznik, który zawsze leży na moim łóżku po czym zamknęłam się w łazience. Tam przed lustrem oswobodziłam włosy, a następnie odkręciłam wodę, sprawdzając ręką jej temperaturę. Uznałam, że moje ciało zniesie lekko chłodne strumienie wody na sobie. Chwyciłam w rękę szampon powoli nakładając go na włosy.
-Co do cholery?!-Wzdrygnęłam się. Spod prysznica zaczęła lecieć lodowata woda, bez zastanowienia z powrotem owinęłam się w biały ręcznik i z hukiem wybiegłam przed drzwi od pokoju.
-Joe! Do cholery!
-Czego?-Znudzony wychylił głowę zza drzwi
-Możesz włączyć ciepłą wodę?-Opanowałam się przypominając sobie poprzednią sytuacje.
-Nie
-Jak to nie?- parsknęłam śmiechem po czym skrzyżowałam ręce na piersi. Nie czekając na jego bezsensowną odpowiedź wróciłam pod zimny prysznic szybko spłukując z włosów mydliny.
Przeczesując włosy rzuciłam ręcznik z powrotem na łóżko po czym sama na nie wskoczyłam. Opadłam na nie zamykając oczy na dłuższą chwilę. Obróciłam głowę w prawą stronę zerkając na budzik, widząc tak późną godzinę wgramoliłam się pod kołdrę i nie wiem kiedy zasnęłam.


5/01/2013

Prolog

Joe wyciągnął z kieszeni papierosy, a po chwili oczom zgrupowanych ludzi pojawił się biały dym. Widząc zdenerwowanie innych, sam zaczął taki być. Nerwy dawały znać. Nagle w pomieszczeniu pojawiły się dwie osoby.

-Kto to? - zapytał Jason, nie kryjąc zdziwienia postacią dziewczyny.

-Emily. - Tym razem zabrał głos Joe, co zdziwiło wszystkich. Papierosa rzucił na podłogę i zdeptał, po czym podszedł do dziewczyny, podniósł jej podbródek ku jego oczom. Migotały jak rozżarzone gwiazdy wpatrzone w brązową kałużę. Oboje byli trzymani w napięciu.

-Jeszcze nie wiem jak, ale ktoś musi to przejąć... - powiedział szeptem puszczając dziewczynę. - Ile ma lat?- dodał.

-Szesnaście.- odpowiedział Erick, brat dziewczyny.

-Młódka. - zdziwił się, widząc dorosłą postawę dziewczyny.Potem zadzwonił telefon. Wszyscy zaczęli się zbierać, wychodzić z budynku i wsiadać do samochodów. Emily i Erick mieli do dyspozycji czarną Toyotę.

-Trzymaj. - powiedział chłopak podając Emily mały pistolet. - i uważaj.

Dziewczynie wydawała się ta droga niezmiernie krótka. Nie mogła również uwierzyć do czego została wciągnięta. Nie miała właściwie wyboru. Popatrzyła jeszcze raz na broń i na swoje palce. Przymierzyła je do otworu. Wydawały się trochę przy duże, jednak wiedziała, że mogły być jeszcze większe, przez co trudniej i ciężej jest nacisnąć na spust. Chwilę później byli już przy budynku.-Wyjdź, ale schowaj się za samochodem.

-Najlepiej na poziomie opon. – dziewczyna sztucznie się uśmiechnęła.
-W samochodzie obok jest Sam, jakby coś poszło nie tak, wiesz. – powiedział wkładając magazynek do pistoletu zatrzaskując go i wyszedł z samochodu. Emily poczuła nagły przebieg ciepła, płynący z wnętrza jej ciała. Nacisnęła na klamkę, stanęła jedną nogą na ziemi, po czym usłyszała strzał z magazynu.

„Zaczyna się” – pomyślała, kiedy po szybkim zejściu z siedzenia, znalazła się na twardej podłodze. Naładowała pistolet i spojrzała na Sam. Dziewczyna robiła to samo co ona przed chwilą. Uśmiechnęły się blado, kiedy spojrzały na siebie. Po dziesięciu minutach z budynku wybiegli osoby z alei 506-ej, co dało znak Emily, żeby być przygotowanym na wszystko. Joe wywrócił się, kiedy wybiegł Rain’s gang. Jeden z nich podbiegł do niego i już miał celować w głowę, kiedy pocisk z FDW201 wyleciał z pistoletu Emy. Potem akcja była szybka. Jeszcze jeden strzał w brzuch jakiegoś chłopaka, szybka Sam, czyli zerwanie się z ziemi i zerwanie dziewczyny z ziemi. Oczywiście trzeba tu wspomnieć o ocalenie Em przez Joe’go.

-Gdzie Erick? – spytała brunetka, kiedy jej oddech się uspokoił, ale zapach krwi unosił się w powietrzu. Sam nie odpowiedziała tylko spojrzała w boczne lusterko. Po chwili zadzwonił telefon.

-Jeden. – powiedziała Sam, kiedy już odebrała. – Erick. – Nagle w oczach Emily pojawiły się łzy. Dobrze wiedziała co to oznacza. Tego dnia nie dość, że zabiła dwoje ludzi, ale i straciła brata.